piątek, 9 października 2015

Post po dwóch latach :))

Jestem :)) Działo się u nas dużo. Bałam się pisać, bałam się cieszyć tym szczęściem... Ale się udało - Leoś jest z nami, śliczny, zdrowy, niedawno skończył pół roku. I tak całe życie, każdy dzień, toczą się teraz wokół niego. Jestem zmęczona, miewam gorsze dni, ale mam swoją gwiazdkę z nieba, na którą tak bardzo czekałam, za którą tak tęskniłam... Pamiętam słowa G, gdy wracałam spłakana od Agaty - "Nie płacz, jeszcze będziesz miała swoje Maleństwo..."- powiedział, mocno mnie przytulając i całując w głowę, gdy ja nie mogłam opanować krzyku mojego serca, na wieść o ciąży mojej siostry. Zadzwoniłam do ciociobabci - "Musisz mieć dziecko, bo zwariujesz. Idź do lekarza, skoro Wam nie wychodzi, jak nie do tego, to innego, przecież tyle kobiet ma problemy, a w końcu się udaje" - powiedziała. I potem poszło szybko. Zapisałam się na monitoring - czwartek, 10.07.2014r. Pęcherzyk jak malowany :))) "Działajcie" - powiedział lekarz. "Widzimy się w sobotę, zobaczymy czy pękł". W sobotę na usg pęcherzyka nie było już:)) Pojechaliśmy na wakacje -było pięknie, upalnie, miło. Ja się opalałam, drzemałam na tarasie, jeździłam rowerem. Może to śmieszne, ale mój kochany mąż wiedział, że się udało:)) Nawet powiedział do mnie raz "ciężarówko" :)) Ja rozmyślałam, bardzo chciałam, ale bałam się... Bałam się marzyć... Bałam się, że historia znowu się powtórzy... Że coś będzie nie tak... Starałam się nie myśleć, co będzie, to będzie. Ale gdy wróciliśmy do domu, w niedzielę w nocy, 03.08.2014r., zrobiłam test... Z drżącymi rękoma i walącym sercem obudziłam G i pokazałam mu dwie, grube, czerwone kreski:)) . Uśmiechnął się i zasnął, ale ja oka do rana nie zmrużyłam... I tak czekałam, starając się nie marzyć, nie przywiązywać, żyć z dnia na dzień, jak do tej pory... Na usg 20.08.2014 zobaczyłam Maleństwo z bijącym sercem - przewidywany termin porodu: 03.04.2015r. Czas mijał, brzuszek rósł. Rozmowa z szefem poszła gładko, wiedziałam, że zastąpi mnie jakaś nowa dziewczyna. Planowałam pracować przynajmniej do końca roku, ale po długiej wycieczce na cmentarz w dniu Wszystkich Świętych trafiłam do szpitala (niewielkie krwawienie, ale z polipa, z ciążą było wszystko w porządku) i potem już lekarz radził mi pozostać w domu. Podczas tego pobytu dowiedziałam się, że czekamy na Synka:)) Że to nie Pola, Hania, ani Tosia mieszka w moim brzuszku. Jula była niepocieszona i długo pytała mnie, czy to się może jeszcze zmienić, ale się nie zmieniło. G chciał Szymona, ja Leona... Jakoś ten Szymon przez te 11 lat mi się osłuchał, znudził... Udało się G przekonać:))
Bałam się każdego usg... Z walącym sercem leżałam podczas usg, patrząc na poszczególne parametry, wielkości, rytm bicia serca... Ze względu na wcześniejsze poronienie i wiek, musiałam zrobić badania genetyczne - testy PAPPA, usg genetyczne, wizyta w poradni genetycznej... Ta wizyta to był koszmar - poszłam sama, bo G musiał gdzieś z Julą iść. Wszystkie złe wspomnienia wróciły, skłoniły mnie do rozważań, co jeśli.... bałam się tych myśli, odsuwałam je od siebie... Na szczęście wszystkie badania wychodziły poprawnie, nic nie wskazywało na to, że miałoby coś pójść nie tak. Leoś rósł, ja z nim:)) Czekaliśmy. Po nowym roku zaczęliśmy powoli szykować wyprawkę - zamówiłam wózek:)), łóżeczko, pościel... Było coraz bliżej. Leoś w brzuchu szalał, szczególnie nocną porą, więc mój nocny sen często był z kilkugodzinnymi przerwami. W marcu byłam już bardzo zmęczona i z niecierpliwością czekałam, kiedy nadejdzie ten dzień... Wiedzieliśmy już, że raczej będzie to w marcu, bo Leo od kilku już miesięcy z pomiarów usg wychodził nam termin 30.03.2015r. Brzuch był bardzo duży, waga pokazywała +20kg (o zgrozo!), zmęczenie i wyczekiwanie sięgało zenitu... Nadeszła środa, 18.03.2015r., na 15:00 wizyta kontrolna. Leoś duży, ok 3200g waży, ale na poród się nie zanosi - nie to chciałam usłyszeć, ale cóż zrobić. Na wieczór zaleciła mi pani doktor kontrolne ktg w szpitalu. Po badaniu szybko do Julii szkoły na zebranie. Wszystkie mamy pytały, kiedy rodzę, bo brzuch ogromny, ledwo chodzę. Po zebraniu na ktg - wszystko ok, na poród się nie zanosi.
I nadszedł czwartek... Od rana źle się czułam, skurcze dokuczały - nieregularne bardzo, ale bolesne. Pogoda była ładna, siedziałam w słoneczku na balkonie, z buzią do słońca, a aplikacja w telefonie odmierzała czasy między skurczami. Po południu sytuacja się wyciszyła, ku mojemu rozczarowaniu, bo chciałam mieć już ten poród za sobą. A przede wszystkim, najbardziej, chciałam mieć Synka już przy sobie. Julia też była niepocieszona, bo nie mogła się doczekać narodzin braciszka. Ale przyszedł wieczór, a z nim - wróciły skurcze. Bolało, choć były nieregularne... G zadecydował, że trwa to już za długo i że jedziemy do szpitala, bo on nie chce w domu porodu odbierać. Szybko obudziliśmy Julę (było ok. 21:30), szybki telefon do mojej mamy, żeby podrzucić do niej Julę po drodze. Na izbie okazało się, że szyjki już nie ma, skróciła się cała, ale brak rozwarcia. Przyjęli nas do porodu. Przed 23:00 byliśmy na porodówce - ku mojej ogromnej radości dyżur miała Dorotka Fortunko - położna, która prowadziła szkołę rodzenia, która przygotowywała nas do porodu Julki i z którą odnowiłam kontakt przed narodzinami Leosia. Zajęła się mną fantastycznie - do końca życia będę jej wdzięczna za to, że już o 1:15 Leonek był z nami:)) Była wspaniała, niezastąpiona, bez niej chyba nie dałabym rady. Udało się bez znieczulenia - myślałam, że nie dam rady, ale to już była sama końcówka i podanie znieczulenia na tym etapie przedłużyłoby poród. A do celu wg niej było jakieś 15 min. Było ciężko, ale kto powiedział, że będzie łatwo:)))
Leoś dostał  10 pkt, płakał od razu. "Wyglądasz jak ufoludek" - powiedziałam, gdy tylko go zobaczyłam. Czoło miał zmarszczone, jak G:)) Wielkie, ciemne oczka patrzyły zdezorientowane... G przeciął pępowinę, Maleństwo dostałam do piersi i zostaliśmy sami... Leonek przyssał się ładnie, troszkę zjadł i drzemał. Gdy przewieźli nas do jednoosobowej sali z łazienką, G pojechał do domu odespać, Leośka zabrali do kąpieli, szczepienia etc., a ja z emocji nie mogłam zasnąć. Doczekałam się... Dostałam swoją gwiazdkę z nieba...

Wspanialszego męża nie mogłam sobie wymarzyć nawet... Jemu Jula wystarczała zupełnie, kocha ją nad życie, był spełniony... Leonek jest jego dowodem miłości do mnie... Kocha go nad życie, tak jak mnie... Warto marzyć...

czwartek, 10 października 2013

IX/X miesiącami wizyt u stomatologa

Nadal nie ma tygodnia, żebym nie zasiadła na stomatologicznym fotelu. Mało tego - były takie tygodnie, gdy zasiadałam dwa razy w tygodniu, a nawet dwa razy dziennie. Taki hardcore, może nawet i za dużo, ale idę za ciosem. Zresztą G też - postanowiliśmy wyprowadzić na prostą nasze zęby, choć wiąże się to niestety z niezłymi wydatkami :( Np. w miniony poniedziałek ja zapłaciłam 1050zł za reendo, a aG 200zł za plombowanie szóstki. Suma sumarum ja wydałam od końca sierpnia 3600zł (razem z założeniem aparatu...). No ale skoro powiedziało się A, trzeba iść dalej... A łatwo nie jest. Tym bardziej, że okazało się, że moje zęby są MEGA wrażliwe na kosmetyczne, nowoczesne wypełnienia... Po zaplombowaniu siódemki i ósemki nie mogłam w ogóle nagryzać, bo czułam straszny ból aż w mózgu. Pani doktor próbowała nadwrażliwość zniwelować smarowaniem różnymi preparatami z fluorem, ale ponieważ po żadnym nie było lepiej, po dwóch tygodniach wymieniła wypełnienia. Ból podczas wiercenia był nieziemski - nie działało nawet znieczulenie. Ale wywierciła, dała podkład i inne wypełnienie, które zastosowała w mojej piątce (tam na szczęście obyło się bez rewelacji, po wcześniejszych doświadczeniach pani doktor dała inne wypełnienie, na podkładzie) i niestety historia się powtórzyła. Naprawdę się załamałam, bo kilka wizyt i ciągle stałam w miejscu w kwestii wyprowadzenia na prostą mojego uśmiechu. We wtorek znowu wizyta, znowu wiercenie w niedziałającym znieczuleniu i kolejna zmiana wypełnienia... Aż bałam się sprawdzać, czy jest ok, ale dzisiaj drapałam po zębie i chyba nie boli... Chyba... Może jest szansa, że wreszcie się uda pozbyć tego bólu i będę mogła spokojnie jeść tą stroną...
A w poniedziałek robiłam reendo. Ale to był strach - wróciłam do domu przed 20:00 kompletnie wyczerpana psychicznie. Pan doktor był niezwykle miły i ciepły, obiecał że nic nie będzie bolało i faktycznie tak było, ale psychicznie ciężko to przeżyłam... Czy się uda, czy na pewno nic nie zaboli... Wizyta zaczęła się po 17:00, leżałam na fotelu ponad 2h. Leczenie odbywało się w koferdamie - fajny wynalazek, choć początkowo bardzo się go bałam, z uwagi na moją klaustrofobię. Ale dałam radę i faktycznie ma on swoje zalety - nic do gardła się nie leje, nie wpada, nie podrażnia. Przy takim zabiegu na pewno jest to wygodne. 

No i tyle u nas. Niestety nasze życie kręci się teraz między kościołem - październik miesiącem różańca świętego - a stomatologiem... A poza tym - od tygodnia jest piękna, jesienna pogoda. Chociaż były już niestety zimne i ponure dni, te ostatnie są wyjątkowo słoneczne i ciepłe. Taka typowa, polska jesień.

A co u Julki? Super jednym słowem :) Uczy się fajnie, z religii zalicza co tydzień modlitwy na szóstki, ładnie zapamiętuje. Ślicznie rysuje - udało się zapisać ją na rysunek do MDK, niech doskonali się pod okiem fachowców :)
A to jej prace:



poniedziałek, 23 września 2013

Pożegnaliśmy Tequillę... 14/09/2013

Wszystko potoczyło się bardzo szybko...I zupełnie niespodziewanie... G pojechał z Julą do swoich rodziców, a ja zostałam w domu z Teklą (nie czułam się najlepiej z uwagi na suchy zębodół, który goił się i goił). Dałam jej kawałek ciasta, wyżłopała dużo wody i tak jakby się zakrztusiła. Próbowała odkaszlnąć, ale się nie udało. Próbowała zwrócić - też nic... Charczała i charczała, spinała się aż siusiu zrobiła w domu. Wzięłam ją na dwór (myślałam, że poje trawy i się oczyści) ale nie bardzo chciała chodzić - stała i patrzyła na mnie. Zdenerwowałam się, ale wróciłam do domu. Zadzwoniłam tylko do G, że jeśli jej nie przejdzie, to będziemy musieli do weta pojechać. Bałam się, bo od kilku dni jakoś  dziwnie zdarzało się jej kaszleć/chrząkać... I  nie dało się nie zauważyć, że guz na krtani jest już monstrualnych rozmiarów... W domu charczała i charczała, dusiła się... Nie mogłam czekać. Zadzwoniłam do G  że spotkamy się u weta, bo nie mam nawet pieniędzy ze sobą... Bałam się, bo wiedziałam czego się spodziewać... 10 lat dla boksera, zwłaszcza z takim nowotworem, to i tak dużo... Młody pan weterynarz tylko potwierdził moje obawy... Powiedział, że już nic nie da się w zasadzie zrobić. Że może jedynie dać jej zastrzyk rozkurczowy, który jej może pomoże na chwilę (2-3godz.), a może w ogóle i tylko przedłużymy jej męczarnie... Ciężko było podjąć tą decyzję, ale nie mieliśmy wyjścia... Płakaliśmy wszyscy - nawet G... I wszyscy byliśmy z nią do końca... Zasnęła przy nas, głaskana i opłakiwana... Bardzo żałuję, że musieliśmy ją tam zostawić, ale nie mieliśmy gdzie jej pochować :((, nie byłoby co z nią zrobić... W domu pusto... Smutno... I chociaż wreszcie czysto, bez sierści i glutów, to tęsknimy za nią wszyscy... W końcu 11 lat razem to szmat czasu...

wtorek, 3 września 2013

Kiedy wyjdę na prostą??...

Mam deprechę. Na maksa... Wydawało mi się, że wyleczyłam wszystkie zęby. Założyłam aparat na dół. Dzień później usunęłam dolną czwórkę pod ten aparat. I myślałam, że teraz już będzie z górki. W końcu wszystko co najgorsze miałam mieć za sobą - wyrwałam zdrowy ząb, sprawnie, dokładnie, bez bólu. Ponieważ jednak wczoraj rano pojawił się ból, przy okazji rtg u ortodonty poprosiłam dentystkę, która ząb usuwała, żeby rzuciła okiem, czy na pewno wszystko jest ok. I okazało się, że nie jest, bo zaczął się ropny stan zapalny. Dostałam więc antybiotyk - NIECH TO SZLAG!!!!!!!!!!! Całe szczęście, że dostałam @ dzień po wyrwaniu, bo tak musiałabym z lekami czekać na potwierdzenie/wykluczenie ciąży i cierpiałabym na żywca. Ale antybiotyku dopiero drugą tabletkę wzięłam rano, więc za wcześnie na spektakularną poprawę. W nocy obudził mnie straszny ból - tabletka p/w bólowa nieco pomogła i zasnęłam. Mam dość, nie tego się spodziewałam :(( A na dokładkę w rtg się okazało, że kanały w mojej dolnej szóstce nie zostały wypełnione do końca i muszę zrobić reendo. Jestem załamana po prostu... Już nie wiem, jak ci lekarze leczą zęby. Jak nie potrafią, to chociaż by się za nie nie brali :( Jak tak można :( A oprócz tej szóstki, mam do zrobienia dwie ósemki, siódemkę i chyba czwórkę:( Nie wiem dlaczego moje zęby są w tak fatalnym stanie :(( dbam o nie jak mogę, myję, płuczę... Spłakałam się wczoraj okropnie, bo po prostu puściły mi już nerwy. Ciągle coś się dzieje nie po mojej myśli, ciągle mam problemy. Ile jestem w stanie znieść, wytrzymać? Wydaje mi się, że już zupełnie nic...

czwartek, 22 sierpnia 2013

Przymiarka do wymiany garnków.

Wstyd się przyznać, ale nasze garnki mają już 11 lat... Wymiana jest więc konieczna:) Myślę o ceramicznych - szkoda tylko, że ceny są tak wysokie:

cena: 699zł., Bioceramix

cena: 739zł., BergHOF

cena: 699zł., Moneta

najtańsze, cena: 257zł.,...




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Makijaże znalezione w sieci.

Do późniejszego wykorzystania :)
  • Wewnętrzny kącik oka – jasny, matowy cieć Inglot
  • Środek – perłowy , koralowy cień no name 
  • Zewnętrzna część powieki  – szary , matowy cień Inglot
  • Kreska – pisak z Catrice
  • Rzęsy – tusz z Yves Rocher

  • wewnętrzny kącik oka :  jasny, matowy cień z Inglota
  • środek powieki : turkusowy cień no name
  • zewnętrzny kącik oka : szary cień ze Sleeka
  • Kreska – pisak z Catrice
  • Rzęsy – tusz z Yves Rocher


  • Wewnętrzny kącik oka – jasny, matowy cieć Inglot
  • Środek – perłowy , koralowo-różowy cień ” no name”
  • Zewnętrzna część powieki  – szary, matowy cień Inglot
  • Kreska – pisak z Catrice
  • Dolna powieka – szary, matowy cień Inglot
  • Rzęsy – tusz z Yves Rocher

środa, 10 lipca 2013

Czas przedurlopowy.

Myślałam, że po wyrwaniu szóstki  moje problemy się skończą, jednak życie pokazało że wcale nie musi wszystko układać się po mojej myśli. Latałam do gabinetu co dwa dni, w końcu dostałam antybiotyk i tabletkę do zębodołu. Było lepiej, ale jeździłam z kolei na płukanie rany i zakładanie nowej tabletki. Dzisiaj mijają już prawie dwa tygodnie od wyrwania i chyba wreszcie zaczynam wychodzić na prostą - tzn. płuczę kilka razy dziennie szałwią i mam nadzieję, że to przyspieszy proces gojenia i zarastania rany. Pan doktor powiedział, że ekstrakcja ekstrakcji nierówna - to prawda, o usunięciu ósemki zapomniałam kilka godzin po jej wyrwaniu. A o wyrywaniu tego zęba będę chyba pamiętać już na zawsze...Tak czy siak po urlopie czeka mnie hardcore - 1,5h u dentysty - szykowanie siódemki pod koronę i zaczęcie endo dolnej szóstki. Już mam starcha, że nie daj Boże sytuacja się powtórzy. A dzień później ponowna konsultacja u orto i być może nareszcie umówienie się na założenie aparatu...

Zmęczona jestem ostatnio lekarzami. Pomijam już koszty związane z nimi, ale psychicznie mam dość. Zaczęło się od moich zębów (100zł endo+300 koronka po kosztach, 150 endo+szycie po wyrwaniu), potem neurolog Julki 160zł, ginekolog 160zł +50 laboratorium, dentysta G 120zł... Dramat jakiś. Julą się martwię, bo dopadł ją jakiś stan zapalny, na który nie podziałały dwa posiadane przeze mnie leki i musiałyśmy się udać na konsultację. Trzeba było pobrać wymaz i czekamy teraz na wyniki, które niestety mogą być dopiero przed samym naszym wyjazdem... Skąd brać siły na to wszystko? I pieniądze?...

Za niecałe dwa tygodnie wyjeżdżamy do Chorwacji. Cieszę się bardzo, choć jestem niepocieszona, że nasze starania znów musimy przełożyć na ciut później :((( Zła jestem na siebie, że nie wzięłam się za te zęby wcześniej, zimą, ale teraz już czasu nie cofnę. Na dniach zrobię rtg tej szóstki, którą muszę wyleczyć i zdroworozsądkowo powinnam poczekać aż ją wypełnię i najlepiej usunę piątkę pod aparat, ale to może trwać wszystko jeszcze kilka miesięcy...A ja już nie chcę czekać... Lata lecą...