poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Pierwsza wiosenna burza.

Za oknem ciemno i mokro, leje deszcz... Niebo co chwilę przecina błyskawica... To pierwsza burza tego roku... Tego fatalnego roku...
Mam za sobą kłótnię z G... W zasadzie to nawet trudno nazwać kłótnią - ja coś powiedziałam, on coś powiedział... W efekcie zapadłam się w sobie i znów czuję, jak to bardzo boli, gdy nie jest się tą najważniejszą osobą w życiu :((....... Prawdę mówiąc myślałam, że to przykre uczucie juz nie wróci... że po wyprowadzce z domu sobie go nie przypomnę. Ale wróciło kilka lat temu, pamiętam pierwszy kryzys w naszym związku i ten sam ból, te same dreszcze, ten sam ciężar... Wtedy zawalczyłam jeszcze, ale dzisiaj nie wiem, czy jeszcze chcę... Podjęłam próbę rozmowy... Bałam się, żeby go nie urazić, ale wiedziałam też, że muszę coś zrobić, bo nie chcę tak żyć. Nie czuję się kochana, nie czuję się ważna, doceniana... Wiem, że jestem pożądana - to tak, to potrafi mi okazać. Ale mi akurat na tym nie zależy. Mi zależy na miłości, na zrozumieniu,  na czułości... Ciągle jestem zagubiona po śmierci dziadka... ciągle za nim tęsknię... Jula ostatnio też się zmieniła, a ja nawet nie mam z kim o tym porozmawiać... Dziadek byłby świetnym kompanem do takiej rozmowy, zwróciłby mi uwagę na pewne ważne rzeczy, których ja pewnie nie dostrzegam... On by mnie zrozumiał...

- "Ja jestem tu, a Ty tu" - powiedziałam do G pokazując dwa palce oddalone od siebie...
- "Tzn?" - zapytał G.
- "Tzn że jesteśmy od siebie bardzo oddaleni, nie czuję się szczęśliwa..."
- "To znajdź sobie kogoś, z kim będziesz szczęśliwa. Jakaś dziwna jesteś."

I tak wyglądała nasza rozmowa :( Liczyłam na przytulenie, na pytanie "co się dzieje kochanie, może porozmawiajmy...".... Nic takiego się nie wydarzyło... Ja wyszłam i płaczę już którąś godzinę, on chodzi urażony... Obraził się na mnie o to, że mu powiedziałam że chciałabym żebysmy to my z Julią były na pierwszym miejscu w jego życiu... Rozumiem, że jest mu ciężko, bo jego ojciec ledwo wrócił do żywych. Ale wrócił. A on, jak zapadł się w sobie te prawie już dwa miesiące temu, tak wiele się nie zmieniło. Niby jest w domu, ale taki nieobecny. Ciągle rozmawiamy o jego tacie, o szpitalu, o rehabilitacji. Jestem juz tym zmęczona po prostu. Cały dom jest na mojej głowie, a ostatnio usłyszałam pretencje, dlaczego my codziennie musimy chodzić na zakupy!!! Chociażby dlatego, żeby G miał codziennie świeży chleb na śniadanie i dobry obiad. Dowiedzialam się, że mogę planować obiady na cały tydzień i zakupy robić raz w tygodniu, w sobotę...

Zawsze byłam przekonana, że jesteśmy dla siebie stworzeni... Myślałam, że jestem dla niego najważniejsza. I może jestem, tylko dla niego wszystko jest bardzo proste. Powie "kocham cię" i myśli że jest ok. A ja oczekuję pomocy, o którą nie muszę prosić, przytulenia, czułej rozmowy, spaceru we dwoje... Pół dnia spędziliśmy dzisiaj u G rodziców - tato wyszedł ze szpitala na przepustkę i leży w domu. Siedziałam za tym stołem i przez te kilka godzin nie wiem czy z własnym mężem choć kilka zdań zamieniłam... A to na przykład była świetna okazja, żeby pójść razem na spacer, bo Jula świetnie bawiła się z Emilką. Ale jemu nawet nie przyszło to do głowy. Po powrocie do domu poszłam spać, ale niestety nie poprawiło to mojego samopoczucia, dlatego zdecydowałam się w końcu na rozmowę... Smutno jest zasypiać samotnie w dużym łóżku, bo choć on leży obok i czyta książkę to wiem, że jestem sama, ze swoimi problemami, obawami, smutkami... Nie wiem czy to tylko między nami obojgiem tak jest, czy po prostu mężczyźni nie są wstanie odczuwać tak, jak kobiety. Jak seks może być jednoznaczny z miłością? Jak ma on zastąpić rozmowę?  Nic z tego nie rozumiem, wydawało mi się, że mam coś ważnego, że zbudowaliśmy fajny dom... Dziś jestem niemal pewna, że tylko mi się wydawało...

I nawet zapach bzu, który stoi obok i odurza swym zapachem, nie jest w stanie ukoić mojego smutku :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz