Minęły Święta, minął Sylwester, minęły (wczoraj) kolejne, siódme już, urodziny Juleczki... A u nas nadal nic... Jesteśmy myślę coraz bliżej wybrania dla nas nowego domu/mieszkania, oglądamy oferty, oglądamy budowy, jednakże zawsze jest jakieś duże "ale". Albo za małe, albo za duże, źle położone pod względem stron świata, za daleko i tak ciągle. Najlepiej byłoby wybudować samemu, no ale koszty działek to jakiś kosmos. Zresztą ja i tak na dom wolno stojący się nie piszę, sama w nocy bym chyba zwariowała :)
Dzisiaj dostałam @, znowu już po 7 dniach brania luteiny, czyli w 21 dniu cyklu. Mam dość, jestem podłamana. Brak zaangażowania mojego gina mnie doprowadza do szału, dlatego też zdecydowałam, że więcej do niego nie idę. Czuję się olewana, żrę hormony od lipca i nic z tego nie wynika. Przemyślałam to wszystko ostatnio i w pierwszym odruchu zdecydowałam się pójść po pomoc do kliniki leczenia bezpłodności, ale chyba jeszcze z tym poczekam. Podobno są skuteczni, ale z opinii w necie zauważyłam, że stawiają jednak na IUI i invitro. No w sumie tak, taki mają profil działalności, więc to oczywiste, a ja jeszcze popróbuję. Muszę się umówić na przyszły tydzień do Saczko - pomógł mi z Julą, może i teraz pomoże, zobaczymy.
W każdym razie dzisiaj obudziłam się przed 5:00... Śnił mi się Dziadek, odchodził... I już zasnąć nie mogłam i rozmyślałam. Z jednej strony podłamana jestem brakiem ciąży, z drugiej przerażona jak to wszystko ogarniemy... Bo przecież sami jesteśmy, żadnych chętnych rąk do pomocy nie ma i nie będzie... Trzeba będzie wracać do pracy, organizować żłobek... Nie wiem, nie wiem...