Na dworze nareszcie jest wiosennie, słonecznie, a mi ciężko żyć... Myślałam, że już jest dobrze, że jakoś uda mi się nadal normalnie żyć i cieszyć naszą codziennością. Ale gdy dookoła widzę ciążowe brzuchy i maleństwa w wózkach, gdy rodzą się dzieci (dzisiaj Adam zawiózł Ewelinę do szpitala), zapadam się w sobie. Czuję ból w środku siebie, straszny niepokój... I tak jest od kilkunastu już dni. Nie umiem sobie pomóc, nie wiem jak mam ten natłok myśli opanować, jak się uspokoić. Cofam się myślami rok do tyłu - jaka byłam wtedy szczęśliwa, pełna marzeń i planów, jak cieszyłam się każdym dniem. Teraz po prostu jakoś rano wstaję, działam w pracy, wracam do domu i czekam, kiedy będę mogła iść spać. Czuję się nic nie warta, czuję, że nie uda mi się mieć tego najważniejszego, czego tak pragnę już od kilku lat...Nie mogę się pogodzić, że moje życie nie może wyglądać tak, jakbym tego chciała...
Próbowałam rozmawiać z G, ale jak to facet woli unikać trudnych tematów - po prostu nie rozumie moich uczuć. Zagaduję delikatnie: "Kochanie, zrób mi Dziecko...", a on tylko wzdycha i mnie przytula. Ja nie tego potrzebuję - chcę rozmowy o tym, czego on chce, jak widzi naszą rodzinę za jakiś czas, rozmowy o moim smutku... Może wtedy byłoby mi łatwiej...
Muszę znowu wybrać się do gina po receptę, bo zbliża się termin zrobienia kolejnej cytologii. Boję się, co wyjdzie, co będzie dalej... To wszystko przekreśliło póki co nasze dalsze starania, utknęliśmy w oczekiwaniu na kolejne wyniki (genetyczne okazały się dobre, ani G, ani ja nie mamy złych genów, co było raczej do przewidzenia - w końcu Jula jest zdrowa). Życie, nie wiem dlaczego, nie chce się podporządkować moim planom - idzie niby zgodnie, ale coraz bardziej jednak zbacza... Jak daleko odejdzie od wyznaczonej przeze mnie ścieżki?...
1 rok temu


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz